MediaDefender to firma zajmująca się ochroną zdigitalizowanych utworów. Na zlecenie wielkich wytwórni, MPAA, RIAA podejmowała rożne działania zmierzające do ograniczenia korzystania z sieci peer-to-peer. Działania te balansowały na cienkiej linie legalności i moralności, polegały m.in. na umieszczaniu na serwerze fałszywych plików czy uszkadzaniu rozpowszechnianych utworów, a firma jest podejrzewana nawet o chęć wprowadzenia spywaru. Jak łatwo się domyśleć, wiele osób nie lubi MediaDefender.
Ktoś z tych nielubiących włamał się na ich firmowy serwer i ściągnął całą masę maili, zarówno z opisem podejmowanych działań, narzekaniem na ich małą skuteczność oraz całą masą danych osobowych (i pikantnych szczególików oraz języka - można ćwiczyć idiomy). Wybuchł skandal - można o tym poczytać m.in. w serwisie torrenfreak.
Akcja hackerów jest bez wątpienia nielegalna. Pytanie, czy działania MediaDefender były legalne (choć rzecz jasna jedna bezprawność nie usprawiedliwia drugiej). Cała sytuacja na pewno jest niezłym kolejnym przykładem na problem bezpieczeństwa i problem szerszy - być może faktycznie w świecie wszechogarniającej Sieci trzeba będzie być uczciwym i dobrze wychowanym, bo każde odstępstwo, nie wiadomo jak skrywane, i tak wyjdzie na jaw i to w najbardziej publiczny z publicznych sposobów.
W tle przewija się też moje ulubione pytanie, czy przy obecnym kształcie prawa autorskiego, nie zagoniliśmy się w kółko. Kółko coraz bardziej szalone, patrz m.in. mój poprzedni wpis o nowelizacji prawa autorskiego.

0 Odpowiedzi do “Hackerzy, MediaDefender, pliki z sieci - wojna trwa”